Ważne

Morawiecki: „Nie żyjemy tylko dla siebie, że nasze życie musi służyć przede wszystkim czemuś większemu od nas samych”

W Dzień Zaduszny premier Mateusz Morawiecki wspomniał swojego niedawno zmarłego ojca Kornela Morawieckiego. Ze wspomnień, którymi podzielił się premier wyłania się określona postawa obywatelska oraz tożsamościowa.

„Czy Ojciec poświęcał nam dużo czasu? Powiedziałbym raczej, że On swoje dzieci wprowadzał do spraw, którymi żył.

W domu nie było podziału na tematy dla dzieci i dla dorosłych. W czasie spotkań z krewnymi czy przyjaciółmi rodziców tematami rozmów najczęściej była sytuacja w Polsce i na świecie, historia i wspomnienia z lat wcześniejszych, z lat wojny i czasów powojennych. Nawet kiedy miałem kilka lat nie kazano mi się wtedy kłaść spać po „dobranocce”, ale późniejszym wieczorem. Ojciec nie zapominał, że jestem przy tych rozmowach. Co chwilę zwracał się do mnie jakby sprawdzając, „czy nadążam”, czy rozumiem o co chodzi, gdy była mowa np. o Armii Krajowej, o organizacji Wolność i Niezawisłość, albo gdzie leżą Kambodża czy kto napadł na Afganistan, jaka tam jest religia i co się tam dzieje. Nie zawsze wtedy to wiedziałem, ale te rozmowy zawsze mnie interesowały i inspirowały. Zasadą było prawo do zadawania pytań. Trochę jak w szkole – podnosiłem w górę dwa palce, które zaraz ktoś zauważał i nawet bardzo ożywioną dyskusję przerywano, by usłyszeć pytanie takiego malca, jak ja. Albo którejś z moich sióstr albo jakiegoś innego młodego uczestnika wieczornej czy nocnej Polaków rozmowy. A jak uznano, że coś tam zrozumiałem, dysputy toczyły się dalej.


Od kiedy pamiętam Ojca – On „włączał mnie do swojego życia”. Czasem towarzyszyłem mu w pracy, kiedy np. miał konsultacje ze studentami. Słynął z tego, że najtrudniejsze działy matematyki potrafił objaśniać w prosty sposób. Przede mną też, z wielkim entuzjazmem a zarazem nigdy niezmąconą cierpliwością, otwierał kolejne obszary ścisłych dziedzin nauki. Wiedziałem, że doktorat zrobił z fizyki teoretycznej, ale na co dzień dawał mi dowody myślenia bardzo praktycznego.

 
Kupił kiedyś samochód Warszawa kombi, z tych najstarszych. Pojazd ten nabył za jakieś symboliczne pieniądze, bo był w stanie śmierci technicznej. Psuł się często. Silnik zamarł kiedyś w czasie podróży, ale nigdy w nikim nie wywoływało to najmniejszego niepokoju. Zawsze od razu pochylał się nad silnikiem, ja oczywiście byłem wtedy już koło niego. „No to jak myślisz, co tym razem wysiadło?” – pytał i wszystko mi przy tym tłumacząc, ustalał przyczynę, znajdywał rozwiązanie w postaci wetkniętego gdzieś kijka, kawałka drutu czy sznurka i po chwili jechaliśmy dalej. Był mistrzem improwizacji. Zawsze uważał, że na wszystko można coś poradzić, każdą rzecz naprawić, wszystkiego dokonać.

Kiedy wydzierżawiał kawałek ziemi – nie miał pojęcia o budowlance, ogrodnictwie czy rolnictwie. A belki stropowe, wożone czasem rowerem, na którego bagażniku często siedziałem jeszcze ja, metodą prób i błędów składał w całość, która potem miała kuchnię, łazienkę z prysznicem, kominek, prąd elektryczny. Z rozmów z sąsiadami zza miedzy dowiadywał się, jak uprawiać ziemię. Uczył się od nich orać, siać, kosić. W krótkim czasie zbierałem wraz z nim plony z ponad hektara jęczmienia! Albo delektowaliśmy się rzadkim miodem faceliowym. Tak samo założył sad, pasiekę, tak też nauczył się drukarstwa.

Oczywiście bywało, że zajmował się tylko mną. Np. wtedy, kiedy graliśmy w szachy. Był zadowolony z moich postępów w tej grze. Mniej był za to zadowolony z niektórych sporów, które też oczywiście ze sobą toczyliśmy oraz z niektórych moich wyborów, np. dotyczących szkoły. Choćby szkoły muzycznej, z której zrezygnowałem, słabo informując rodziców w tej kwestii.

Ojciec uważał, że po maturze powinienem wybrać jakąś dziedzinę ścisłą lub techniczną, uważał, że mam do tego jakieś szczególne talenty. Ale nie miał tu racji.

Do trzynastego roku życia towarzyszyłem Ojcu w bardzo wielu Jego codziennych aktywnościach, także w druku i kolportażu „Biuletynu Dolnośląskiego”. Tym bardziej odczuwałem brak jego bezpośredniej obecności, kiedy od grudnia 1981 musiał się ukrywać. A potem przyszło jego uwięzienie i deportacja, co w sumie złożyło się na prawie osiem lat rozłąki. Był to dla mnie trudny czas, ale z biegiem lat coraz lepiej rozumiałem tę sytuację. Bo jedną z zasad, które wpoił mi od dziecka było, że nie żyjemy tylko dla siebie, że nasze życie musi służyć przede wszystkim czemuś większemu od nas samych”.

Udostępnij przez:

Redakcja Jutro Polski

Portal Wiedzy Eksperckiej Odpowiedzialnego Rozwoju zajmuje się analizą zjawisk społeczno-gospodarczych w kontekście odpowiedzialnego i zrównoważonego rozwoju Polski.