Zagranica

Brytyjska odmienność w podejściu do pandemii

Zamknięte szkoły, galerie handlowe, uniwersytety, restauracje, bary i puby. Urlopy na opiekę nad dzieckiem, w miarę możliwości praca z domu, ograniczenia w transporcie publicznym. Do tego przywrócenie kontroli na wielu granicach, tysiące ludzi objętych kwarantanną, zakazy zgromadzeń publicznych. Tak wyglądają obecnie realia między innymi w Hiszpanii, Włoszech, Francji, Niemczech, Polsce, Czechach i wielu innych krajach europejskich. Cały stary kontynent wprowadza bezprecedensowe kroki, żeby możliwie ograniczyć rozprzestrzenianie COVID-19. Cały? Nie! Jeden, jedyny kraj, zamieszkały przez nieugiętych Brytyjczyków dzielnie stawia opór takim rozwiązaniom. Uniwersytety i szkoły wciąż działają, w pubach i restauracjach spotykają się ludzie, a rząd brytyjski ogranicza się do wydawania zaleceń co do stosowania środków dystansowania społecznego.

Prawie 2 tys. potwierdzonych laboratoryjnie przypadków i ponad 70 zgonów. To sytuacja epidemiologiczna Zjednoczonego Królestwa o poranku w środę, 18 marca 2020 r. Tego też dnia Boris Johnson ugiął się pod naciskiem epidemiologów oraz opinii publicznej i podjął decyzję o częściowym zamknięciu szkół, uniwersytetów i żłobków, to wciąż brytyjskie środki zaradcze są znacznie mniej restrykcyjne niż zastosowane niemal we wszystkich krajach kontynentalnej Europy. Premier i jego współpracownicy podają kilka argumentów za słusznością swojego podejścia.

Podstawowym argumentem dla rządu brytyjskiego jest to, iż COVID-19, mimo iż na pewno jest chorobą ciężką i szybko rozprzestrzeniającą się, to w zdecydowanej większości ma dość łagodny przebieg. Dlatego też koszty zdecydowanych kroków podjętych w ramach walki z epidemią mogą być niewspółmierne do zysków. Po drugie, rząd brytyjski wskazuje, że niektóre środki zaradcze mają też swoje negatywne strony. Przez długi czas mówiono na przykład, że zamknięcie szkół najpewniej ograniczyłoby podaż pracy w brytyjskiej służbie zdrowia (NHS), gdyż część personelu musiałaby zostać w domach, by opiekować się dziećmi. Dlatego też, mimo wczorajszej decyzji o zamknięciu szkół, dla dzieci pracowników z „kluczowych zawodów” (czyli m.in. białego personelu) zajęcia wciąż mają być organizowane. Dodatkowo, brytyjskie władze odwołują się do badań behawioralnych i wskazują, że jest za wcześnie na wprowadzanie zdecydowanych kroków, gdyż ludzie szybko męczą się restrykcyjnymi środkami zaradczymi i przestają przestrzegać zaleceń, zwłaszcza jeśli nie dostrzegają bezpośredniego zagrożenia w swoim otoczeniu. Wreszcie, Londyn przytacza argument odporności grupowej (herd immunity), czyli spowolnienia rozprzestrzeniania się choroby w momencie, gdy wystarczająco duża część populacji już ją przejdzie i się na nią uodporni.

Czy brytyjskie podejście jest właściwe? Jedyną poprawną odpowiedzią na tę chwilę jest – nie wiadomo. Przykładowo, z jednej strony zamknięcie szkół z pewnością ogranicza kontakty międzyludzkie, których liczba jest jednym z najważniejszych wskaźników warunkujących szybkość rozprzestrzeniania się epidemii. Z drugiej, COVID-19 u dzieci jest diagnozowany stosunkowo rzadko. Jeśli wynika to z faktu, że dzieci są w znacznym stopniu odporne na nową chorobę (a nie na przykład z powodu łagodnego, często niezauważalnego u dzieci przebiegu zakażenia), to zamknięcie szkół będzie miało marginalny wpływ na rozprzestrzenianie wirusa i będzie generować niepotrzebne koszty. Dla przykładu, niedawny systematyczny przegląd interwencji w przypadku grypy pandemicznej (H1N1) wskazuje, że zamykanie szkół jest nieefektywne, jeśli porówna się uzyskane efekty do kosztów.

COVID-19 jest chorobą nową, o której wciąż niewiele wiadomo. Nie można wykluczyć na przykład, że jest to choroba o wysokiej amplitudzie zmian sezonowych. Nie wiadomo, czy i kiedy opracowana zostanie szczepionka. Nie wiadomo, czy i kiedy zwiększymy swoją skuteczność w leczeniu najcięższych przypadków. Na chwilę obecną Brytyjczycy zdają się podejmować większe ryzyko w obszarach zdrowia publicznego i wydajności systemu ochrony zdrowia w celu ochrony gospodarki, podczas gdy kraje kontynentalnej Europy podejmują większe ryzyko gospodarcze w celu ochrony zdrowia.

Co ciekawe, dane wskazują, że póki co Wielka Brytania podąża wolniejszą ścieżką przyrostu potwierdzonych przypadków niż porównywalne kraje europejskie, jednak (o ile po decyzji o zamknięciu szkół, uniwersytetów i żłobków nie będą wprowadzane kolejne restrykcje) kto ma ostatecznie rację będziemy mogli ocenić dopiero post factum.

(na podstawie Tygodnika Gospodarczego PIE)

Udostępnij przez: